Czyli co tak naprawdę dzieje się za drzwiami typowego studia projektowego? Ludzie zabawowi, uśmiechnięci, popijający kawę ze Starbucks’a, w modnych ubraniach debatują o kolejnym projekcie jaki mają na tapecie. Czas płynie powoli, w beztroskim klimacie. Niemal czujemy morską bryzę i ciepły piasek pod stopami. Nikt nie patrzy na zegarek i jedynie od czasu do czasu zagląda do swojego modnego iMaca. Wychodzą o normalnej porze z pracy kierując się na zakupy i do kina ze znajomymi … <głośny dźwięk tłuczącego się szkła>

Rany, dlaczego to tak nie wygląda? I skąd ja w ogóle wziąłem taki opis? Chyba widziałem to w jakimś amerykańskim filmie albo po prostu przyśniło mi się. Tak czy inaczej dobrze zamknąć oczy i pomarzyć o takim dniu pracy. Tymczasem wracam do rzeczywistości bo nie ma czasu na pierdoły. Podciągaj spodnie, popraw okulary i siadaj do swojego niemodnego PC’ta bo praca sama się nie zrobi 😉

W rzeczywistości, grafik komputerowy kojarzy się zapewne wielu osobom z wątłymi osobami w okularach, z garbem na plecach, którzy zapatrzeni w swoje monitory klikają dniami i nocami w swoich skomplikowanych programach. Legenda głosi, że programy te są magiczne i wiele rzeczy wykonują samoistnie. Znajdziemy w nich między innymi funkcję „zaprojektuj logo„, „wyszparuj zdjęcie” czy chociażby „zrób z ulotki w Wordzie plik do druku„. Prawda, że brzmi to zabawnie? Jeśli jednak słyszy się ten sam żart n-ty raz przestajemy się z niego śmiać i zaczynamy czuć irytację.

Gdy przekraczam próg naszego biura czas przyspiesza. Każda czynność zabiera o wiele więcej czasu niż zakładało się pierwotnie. Gdy znajduje się chwilę aby spojrzeć na zegarek okazuje się, że minął cały dzień w mgnieniu oka a ja powinienem być dawno w domu ze swoją rodziną. Sucha bułka leżąca na biurku nie da się już ugryźć a puszka energetyka dawno świeci pustkami.
Czas ten jest jednak odbierany inaczej przez osoby, które nie wykonują projektów tylko je zlecają. Dla nich każda rzecz to „2 kliknięcia” i przysłowiowe „5 minut”. Aby dobić leżącego rzucą czasami tekstem spotykanym w internetowych memach – „brata kolegi siostra zrobiłaby to za połowę mniej i o godzinę szybciej”.

Lemur_Future_Form

Ostatni tydzień to walka ze wspomnianym wyżej czasem ponieważ wiele zleceń zbiegło się na raz i każdy zamawiający oczywiście musiał mieć projekt „na wczoraj”. Nie jest istotny fakt oczekiwania na poprawki w przesłanym projekcie przez 2-3 tygodnie. Przychodzi magiczna godzina, magiczny czas gdy jak grom z jasnego nieba spada na nas mail. Mail z wykrzyknikami, dokumentami i chaotyczną listą poprawek. Maile ten przeważnie kończy się podobnie. „Damy z tym radę na jutro?” – jest to wersja optymistyczna zakończenia ponieważ bardzo często „jutro” zamienia się na „za godzinę?”.

Wtedy idylliczna sielanka, którą jest wśród postronnych praca w takim miejscu zamienia się w gonitwę z czasem. Przyparci do muru graficy w pocie czoła machają swoimi piórkami i myszkami posuwając się mozolnie do przodu. W powietrzu unosi się energetyczna mieszanka nerwów, strachu i niepewności. W tle słychać zaś szybko wciskane kombinacje klawiszy, które przyspieszają i tak błyskawiczną pracę. Kiedy za oknem robi się ciemno, ich truchło osuwa się bezwładnie na biurko w momencie gdy palec spada na klawisz „Enter” potwierdzający wysłanie maila z gotowym projektem. Zadowoleni z wykonanego zadania opuszczają miejsce pracy by zregenerować baterie i o świcie rozpocząć ponownie walkę z brzydotą tego świata.

Gdyby takie przypadki miały miejsce sporadycznie nikt nie pociłby się by opisywać ten fakt na blogu. Każdy zawód ma swoje wady i zalety. Trzeba się z tym pogodzić i nauczyć żyć w zgodzie. Próby edukacji zamawiającego w tej kwestii bardzo często kończą się niepowodzeniem. Dlatego też nie zrażamy się porażkami tylko działamy dalej i powtarzamy jak mantrę te same zdania dotyczące przesyłania uwag z kilkudniowym zapasem a nie na ostatnią chwilę.

Oczywiście medal ma zawsze dwie strony. (żeby nie było, że winimy tylko zlecającego) Często zdarza się, że ilość zleceń przewyższa moce przerobowe agencji i nerwowa atmosfera spowodowana zbliżającym się deadline’m nie jest winą klienta. Bardzo ciężko jest ocenić czas potrzebny na wykonanie danego projektu. Czasami też dochodzą dodatkowe zdarzenia, na które nie mamy wpływu. Wtedy rwiemy włosy z głowy i nerwowo spoglądamy na zegarek z obawą czy uda się dotrzymać danego słowa. Niestety ale prawdą jest, że każda agencja słynie z nieterminowości. Nie ma się czym chwalić ale jest to swojego rodzaju „standard”.

Sytuacją kulminacyjną jest jednak połączenie deadline’a wynikającego z przeoczenia agencji i spóźnionego klienta. Wtedy w pracy przygasa światło i dzieją się magiczne rzeczy, o których może innym razem … 😉

 

PS. Dzięki Jacek R. za pomocne oko przy sprawdzaniu moich wypocin 😉


Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail