Inspiracja w branży reklamowej, to niezwykle istotny czynnik wpływający na efekty, które trafiają do klienta w postaci finalnego produktu. Czerpać ją można, dosłownie, ze wszystkiego co nas otacza. Najbardziej pobudzający do działania są chyba jednak ludzie, których doświadczenie, wiedza i umiejętności sprawiają, że czujemy się malutcy. Dzięki nim rozwijamy się i posuwamy do przodu. To oni są motorem naszych działań i dodają nam energii do podejmowania co raz to nowych wyzwań.

W moim poprzednim artykule, podzieliłem się z Wami moimi odczuciami dotyczącymi ważnego w świecie designu wydarzenia, Element Talks. To pouczające spotkanie z ludźmi, którzy na tej branży zjedli zęby i popili własnymi łzami, dostarczyło mi świeżego spojrzenia na wiele kwestii, z którymi borykam się każdego dnia. Duża część z nich dotyczy samorozwoju czy kierunku w jakim zmierza świat powiązany bezpośrednio z reklamą. Znalazło się też kilka wypowiedzi rzucających nowe światło na kontakty z klientami.

Wykład, który stał się inspiracją do napisania tego wpisu, prowadziła Pani Iwona Gasińska-Mulczyńska. Zatytułowano go: „Branding strategiczny – jak współpracować”. Tak przy okazji, z pojęciem brandingu strategicznego spotkałem się pierwszy raz, lecz po wysłuchaniu tego co przygotowała dla nas prelegentka, wszystko nabrało jaśniejszych barw i nieznane nagle okazało się być bardzo bliskie – szczególnie idei naszego bloga.

Okaz_serce_klientowi_blog_FutureForm

W codziennej pracy osób z branży kreatywnej, nie da się uniknąć kontaktu z klientem i bardzo często okazuje się, że jest to najtrudniejszy element naszej pracy. Oczywiście, spotkać można wiele przekoloryzowanych anegdot, które stają się potem tematami memów, z których śmiejemy się przez łzy. Jednak wspomniany wyżej wykład sprawił, że zapatrzony dotychczas w swoją pracę, spojrzałem na codzienność z innej perspektywy, starając się zrozumieć zleceniodawców. Wiele przypadków, opisywanych w formie żartów na fanpage, typu „Brief – Co znosi psychika grafika„, przestało po prostu bawić.

Co prawda, byłem przekonany, że podchodziłem do każdego klienta z empatią, starając się bardzo spokojnie i rzeczowo tłumaczyć kwestie, które z oczywistych powodów, nie zawsze są zrozumiałe dla kogoś spoza branży. Jednak wykład otworzył mi oczy trochę szerzej i dzięki niemu uważam, że teraz lepiej potrafię „wejść w skórę” osób stojących po „drugiej strony barykady”.

Owszem, zdarzają się sytuacje, kiedy nawet pomimo moich starań, nie da się przeprowadzić procesu współpracy na poziomie obopólnego szacunku i ogólnej sympatii. Każdy człowiek jest inny i tak jak w sprawach prywatnych, czasami wymiana zdań nie należy do przyjemności, tak i na polu zawodowym nie da się tego uniknąć. Bardzo często jednak, powodem zgrzytów w komunikacji jesteśmy „my”, czyli projektanci, graficy. Większość kwestii związanych z naszą pracą uważamy za oczywiste, a klient, nie do końca rozumiejący te niuanse, staje się obiektem, z którego „drzemy” przysłowiowego „łacha”.

Gdyby jednak głębiej zastanowić się nad tym z czego się śmiejemy, okazuje się, że to nic innego jak po prostu niewiedza. Niewiedza, która jest uzasadniona w wielu przypadkach i nie powinna być przez nas szykanowana. Klient, który zdaje sobie sprawę z tego, że czegoś nie wie, może zachowywać się w irracjonalny sposób, tak aby ukryć swoje słabości.

Nie usłyszymy z ust zlecającego słów, w których przyzna się do braku znajomości zagadnienia. Mimo to będzie oczekiwał od nas pomocy oraz wskazania drogi. Klient ma określony cel, który chce osiągnąć, jednak nie wie w jaki sposób pokonać dzielącą go od niego odległość. Liczy na naszą pomoc w tej kwestii, na to że wskażemy mu odpowiedni kierunek. Zamiast zatem wysyłać suchą wycenę, postarajmy się doradzić. Umówmy się na spotkanie przy kawie i wyjaśnijmy czy działania, które mamy zamiar prowadzić, są na pewno optymalne w danym przypadku, w określonym kontekście. Osoba czy marka, która nam zaufa, bardzo często zostaje z nami na długie lata. A jak doskonale wiemy, największym wysiłkiem i kosztem jest pozyskanie nowego klienta.

Jeśli wobec tego zdarzy się, że nasz klient wysyła nam logo w Wordzie, to nie robi tego „z kaprysu”, ot tak, bo chce nam zepsuć dzień. Czyni tak raczej dlatego, że zwyczajnie ma prawo nie wiedzieć, iż jest ów plik całkowicie nam zbędny. W sytuacji, gdy zleceniodawca nazywa nas oszustami, którzy żądają złodziejskich stawek za swoją pracę, możemy wysnuć przypuszczenie, że we wcześniejszym okresie „współpracował” on z przysłowiowym „szwagrem” lub też ze studentem, który by zarobić cokolwiek, zaniża stawki do poziomu wystarczającego na przetrwanie dnia w oparciu o suchą bułkę i wodę. Kiedy w mailu zobaczymy wyraz „trzcionka” albo „fąt”, można uśmiechnąć się lekko pod nosem i bez wytykania błędu odpisać na wiadomość, wykorzystując błędnie napisane słowa w poprawnej formie. I tak dalej i tak dalej…

Nie ulega wątpliwości, że niekiedy by przebrnąć przez proces komunikacji ze zleceniodawcami, niezbędne jest wiadro melisy i umiejętność unoszenia się w powietrzu w stanie medytacji. Pamiętajmy jednak, że bez klienta nie mielibyśmy zleceń i to on powinien być dla nas najważniejszy. Profesjonalna, merytoryczna i spokojna konwersacja jest kluczem do sukcesu w całym procesie współpracy.

Nie narzekajmy, postarajmy się zrozumieć i „okażmy serce klientowi”, a zarówno jakość naszej pracy, jak i relacje ze zleceniodawcą ulegną diametralnej poprawie ;).


Facebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmailFacebooktwittergoogle_pluspinterestlinkedinmail